Co tam u Ciebie słychać?

– Co tam u Ciebie słychać?

– Wiesz co – odparłem – powodzi się, powodzi, miło że pytasz. W pracy awans, w końcu mogę pomyśleć o nowym samochodzie, Volvo będzie za małe za dwa lata. No tak, nie wiesz. Zaręczyłem się, wiosną, w Paryżu. Mamy datę ślubu. Ona pracuje ciężko nad aranżacją, pamięta o każdym szczególe. Anioł, nie dziewczyna, sam bym tego lepiej nie wymyślił. Kupiłem ziemię i wylaliśmy fundamenty tuż przed zimą. Będzie piękny, duży dom, dla całej rodziny. Stąd Volvo już niedługo za małe. O dwójce myślimy, chłopczyk i dziewczynka. To na początek, i o funduszu, za tę kasę z rządu, żeby dzieci miały start. Mam teraz cały pion pod sobą, świetny, zgrany zespół. Prestiżu mi przybyło i paliwo gratis. Kredyty zaciągnięte, jakoś to sfinansować trzeba. Piękny start, pięknie, cudownie!

– Co tam u Ciebie słychać?

– Wiesz co, ludzie w domu poumierali, rodzina Mi się zmniejsza, trzeba być bliżej bliskich, trzeba być bliskim, trzeba wspierać i przytulać więcej, trzeba pamiętać, że się kocha. Trzeba wrócić i odkurzyć to co piękne, żeby dać dalej, dać innym. Trzeba dać, „trzeba” to jest chcieć. Chcę żeby Ona z powagą, z uwagą patrzyła, i z uśmiechem w kąciku ust. Tę iskierkę radości dać, iskierkę pewności, iskierkę spokoju.

– Siłaczką być.

„O/Dla Cioci”.

Kochanie

Wskazówka odmierza sekundy i tyka – w rytm tykania wszystkich zegarów świata.

Przygotowałem się. Przygotowałem doskonale i czekam od tak dawna. Ułożyłem przemowę. Taktykę. Obronę i odebrałem możliwości – zasadzając się na każdy i najmniejszy błąd. Wiem, hipotezy tworzę doskonałe, wycinam z bloku lodu rozsądku najczystszego i potwierdzam, tak potwierdzam precyzyjnie. Nie pozostawię ci  zbyt wiele miejsca, tylko odsunę – kiedy wreszcie upadniesz – kawałek.

W podłym barze, bez żadnych znajomych, łzy tylko na wyłączność – moją, nie oddam ich nikomu. Po zmroku i słońce już schowane za linią horyzontu – w ciemnościach późno-popołudniowych, pary bez swojego kąta i celu popijają wino, i aż się podnosi od zapachu przypraw, i ich pustych wyznań, i szmeru uścisków po kryjomu. Papieros za papierosem, odmierzam tykanie.

Kłęby pary z letniej kawy rozmywają widok – tak cholernie tu zimno. W każdym łyku gorycz. Bolą i odsłaniam zęby w grymasie. Dobra. Kawa i dobry dym. Wdech.

– Kochanie.

Widzę ciemny cień do powiek, ten produkt niewyspania lub bezpośrednio z przyczyn Holtera – przy jej boku – wynikający. Odmierzał bicie serca w rytmie tych wszystkich, pieprzonych zegarów świata i pokazał w końcu, że się mylisz . Odmierzał będzie i dalej kroki, i zapisze rytm stóp maszerujących do domu, i podzielę się z nim tą częścią – chociaż dziś ja zachowam każdą większą – mojej chwili wygranej. Widzę jak wpompowałem życie w twoje błękitne blizny doświadczeń pod cienką bladą skóra. Widzę jak dłonie delikatne ściskają się nawzajem w próbie poradzenia sobie ale ja – ja zbyt dobrze zaplanowałem i zobaczyłem wszystko tak wyraźnie, że już nie masz wyboru. I dokąd uciec.

Mam zaplanowaną tę minutę. I tę, i następną, i co będzie jutro, co będzie za tydzień i za miesiąc. Nie zostawiłem miejsca na przypadek – od dawna nauczyliśmy się grać mu na nosie. Stałem się lepszy od ciebie, i uczeń przerósł mistrza, i ten drugi odchodzi z opuszczoną głową, i ze strachem kłującym głęboko gdzieś w środku, i z Holterem przy boku. Nieprzygotowany na to co może nadejść. Ze złamanym sercem. Nie stawiałaś oporu. Zbyt dumna by upaść i ja mógłbym to – nieprzygotowany – pomylić może nie z brakiem miłości, tylko z roztrzaskaniem marzeń, tylko ze swoim uporem – ale się przygotowałem. Dobrze. Bardzo dobrze. Oddam wszystko tak skrupulatnie zbierane w ciągu tych lat razem. Nie zostawię śladów. Dym. Wdech.

Mam wolną rękę, już ci nie zależy i z kpiną opuszczasz oczy, i czuję jak z ciepłoty strachu i histerycznych emocji, unosi się ten delikatny zapach kwiatów znad twojej skóry. Ten niedrogi perfum, prosto z półki drogerii twojej mamy. Brak słów, a ja i tak wszystko wiem. Szron ścina szyby, chłód  ściął ci gardło. Papieros. Papieros. Tyk.

Musiałaś już wyjść, a ja w triumfie poczekam. Wolny celebruję. Przygotowany i odmierzam, tyk, papierosem i zostają te wszystkie obrazy przed oczami. Ojciec mi mówił, bądź zawsze przygotowany, i nie daj szansy, i nie dałem.

[tyk]

Odmierzam zegarem, tykaniem, papierosem od kiedy cię widziałem po raz ostatni. W podniebnych barach, późnymi godzinami, przewieszam płaszcz przez róg księżyca i odkładam kapelusz na nosie przypadku – długim od kłamstw i złamanych obietnic. Mamy stolik w kącie zarezerwowany i razem przy nim, z innymi gałganami – jak Fromm, jak Thoreau, tymi których wciąż jeszcze nie poznałem – studiujemy dzieje zamierzchłe losu. Ciągle gadamy i sprzeczamy się. W popiołach papierosów palcem na stole wyprowadzamy skomplikowane równania nieprawdopodobieństwa. Kłócimy o to, kto postawi kolejnego Guinessa, kto spróbuje oszukać pięknymi ideami barmana – odpornego już na nasze alchemiczne obietnice.

Mimo wszystko. Pełen wiary powiem ci dziś, że kiedy po raz ostatni cię widziałem.

Jednak się nie przygotowałem.

Świadectwo

Czy umiałbym piękniej opisać,
zapadające się domy w rozsypane ulice,
zatrzymać w obrazie ze słów,
jak ostatni skurcz otwiera serce?
Czy da się opowiedzieć,
o utracie pędu czerwonych ciałek krwi,
w gasnącym podmuchu woli życia,
i o myśli sformułowanej,
w rozładowanym potencjale kory mózgu?

Wreszcie latach umierania.

Krok po kroku,
i jednym słowem?
Czy da sie opisać piękniej,
niż
w
twoim,
ostatnim
liście
o
nas?

The Inhuman

image

To me it looks like there are two worlds. One of them arranged by men, surrounding us. Made by us, mirrors our appearance, mirrors ourselfs. There is a lot to learn about the way we are arranged when your are discovering it. The other one, well. The other one is abandoned by us. It’s inhuman, it’s something existing eventhough we are not aware of it, something that doesn’t need us at all to remain, to be. Going there, revealing it.. It’s like facing yourself, putting all effort to stay yourself and in the end, get known yourself. These steps might not even be big, but the courage to take them, this for sure is.

Wartość

Nie umiem inaczej,
jak przez proste porównanie.
Nie jestem w stanie,
bardziej precyzyjnie.

Chłopiec i pierwsze pożegnanie.

Nie poznaliście się i
nigdy bym nie pomyślał.

„Coś was łączyło”

Kiedy dorosłem by powiedzieć,
ty już nie chciałaś,
On,
nie mógł usłyszeć.

2015

To jest jakaś kpina. Te kręgi, które zataczamy odkrywając oczywiste na nowo. Wszystko na wyciągnięcie ręki, wszystko pod nosem. Słowa tak cieżko wybierane z myśli, pragnienia ubrane wreszcie w kształty, cele obrane i gotowi w drogę..
Patrzę na kartkę papieru. Z datą tak bardzo wstecz, z prawej strony. Napisałem tam wszystko, mogę odmierzyć siebie lub przyrównać – jak wolę – i.. jak ulał, ten sam. Ten sam. Na wyciągnięcie ręki. Jeżeli bardzo pragniesz. Jeżeli tylko pragniesz, możesz zacząć jeszcze raz, i wciąż, na nowo, ten sam, stracony, widok, roztaczać, przed sobą, i wciąż, na nowo, ten sam, ten sam..

2015.

Miasto

Raz, dwa.. i więcej nie powiem. Jeszcze by się wydarzyło. Jeden i dwa, obracam radełkowaną krawędź losu. Srebrzy mi w palcach i kusi przypadek kolejny. Zasrebrzyło wreszcie i reszką stoczone na podłodze. Nie powiedziało o niczym. Powiedziało, że i tak nie wiem. Czy to, że odwrócę twarz i odejdę nie jest rzutem następnym?

W mieście dmie wiatr bezwzględny. Liście, co w kompost nie spłynęły kanałem atakują mnie zajadle i ćmi w ręce żar papierosa niespokojnie. Tylko kroki miarowe, pewnie oddalają mnie od celu. Początek zimy nie zawiódł wcale. Oszczędziła puchu białego, czapek i szali. Zachowała obojętność i bezlitosność krajobrazu. Pozostanę sobą jeszcze jeden dzień dłużej, nie schowany w bezkształt materiału.
Czuję się trochę jak w stolicach świata dawnego, w przestrzeni ogromnej betonu, formy zaplanowanej, odwiecznej walki o niezapomnienie w zachwycie mocy gapiów. Winszuję miastu tak utalentowanych ludzi. Dziękuję tym ludziom za tożsamość bez wstydu i korzenie potężne. Zatopić sie w zachwyt z dala od nieszczęść, odwrócić od jej twarzy wzrok – tak, ostatecznie nieznanej – i oddać hołd należny. Należy się, oczywiście. Miasto musi być ogromne, żebyśmy mogli poradzić sobie z nami samymi i uciec od siebie ostatecznie. Nawet na zawsze.

Nie miałem odwagi powiedzieć ci „dzień dobry”, oddać kawałka radości wpisanej tak głęboko we mnie – zupełnie wbrew sobie. Wytresowany w kolejnych próbach porażek bolesnych, nauczony: „należy się podnosić” – ktoś mówił, że to ważne – podnoszę się na komendę. Nieustannie i bezwolnie. Za każdym razem.

Wytresowany, żeby nigdy nie upaść przy tobie, odszedłem.

Miasto zostanie mi jedyną formą przetrwania. Weń ucieknę.

w Obiektywach

Może by mi powiedział wtedy
chociaż wątpię, że nie opuścił wzroku,
co widzial w spojrzeniu Świat
twoich morskich oczu.
Ja podglądałem w obiektywach,
nie wiedząc o niczym.
Dziś na zdjęciach,
ty plecami do mnie,
On milczy.

głos, śmiechem

narysowałaś mnie linią swoich ust

spojrzeniem sprawiłaś, że jestem

dałaś światło, tańcząc wtedy nad zatoką

głos, śmiechem

dziś już nie potrafię powiedzieć nikomu

jaki jestem

i wszystko wokół

Cisza

Trudno się przyznać, inaczej niż na głos, bo przed samym sobą. Eteryczna myśl. Przeciśnięta przez zęby, wyszeptana szybko i przyszyta kolejną modlitwą. Ukryty w ciasnych, czterech ścianach. Na kolanach. Chociaż nie wejdzie już i nie zobaczy, nawet przez próg, w odbiciu lustra kawałka stóp i zgiętych nóg. Nikt. Cisza nie potrafi uchylać drzwi.